„Czas wolny” to pojęcie względne

„Czas wolny” to pojęcie względne

Czas wolny to pojęcie względne

Kiedyś „wpadł mi w ręce” artykuł o posiadaniu lub raczej nie posiadaniu czasu wolnego, zaczęłam się trochę nad tym zastanawiać czym tak naprawdę jest czas wolny. Co w moim, waszym życiu jest obowiązkiem, a co przyjemnością, a kiedy możemy powiedzieć, że mam czas wolny. hmm no i do końca nie jestem pewna czy ja w ogóle takowy posiadam.

Tak więc czas wolny, to jak dla mnie pojęcie względne, zależy jak na to popatrzeć.

Definicja „czasu wolnego”- czas którym dysponujmy po wykonaniu obowiązków takich jak nauka, praca, czynności związane z codziennym życiem. Tak więc teoretycznie nie mam czasu wolnego. Praktycznie raczej mam go dosyć sporo, mimo że kalendarz mam mocno napięty.

Od pewnego czasu priorytetem w moim życiu stało się spędzanie większej ilości czasu ze swoją rodziną. Banał, natomiast przy dwóch pracach, „prowadzeniu klubu”, organizowaniu wszystkiego co jest związane z jego funkcjonowaniem i funkcjonowaniem dzieciaków, ogarnianiem programów z grantami, szukaniem możliwości finansowych czy nawet głupotami typu utrzymanie porządku w domu, ugotowanie czegokolwiek, no to staje się wyczynem.

Tak więc patrząc na swój dzień od pobudki nierzadko o 5, a max 6:) i padnięciu na twarz ok 22, to pozostaje niewiele czasu na bycie ze swoimi chłopakami. Natomiast dajemy wspólnie radę, odrzucając na bok rzeczy mniej ważne, bądź włączając innych do tego, w czym mogą nas zastąpić, bo przecież nie jesteśmy nie do zastąpienia:)

I cudownie mi z tym przeświadczeniem, że świat się nie zawali jak mnie nie będzie w jakimś miejscu, a będą tam gdzie mnie i M. naprawdę potrzeba czyli w domu przy chłopakach i trochę razem.

Tak jest moi drodzy, im wcześniej zrozumiecie, że wiele rzeczy może funkcjonować bez was i to całkiem dobrze, tym lepiej dla Was a i wy sami będziecie „zdrowsi”.

Oczywiście to nie jest tak, że olewamy wszystko, ale naprawdę niekoniecznie muszę być na 3 treningach dziennie (ooo tak dziennie, nie w tygodniu) od 7 do 19, a na dwóch od 7 do 15.

Praca wielu trwa 8, może 12 godzin, a mi się czasami zdaje że nasza trwa 20 godzin, 7 dni w tygodniu…a to już chyba nieporozumienie, tym bardziej że 90% z tego czasu to są działania charytatywne:)

Dlatego też opuszczamy zawody typu Biathlon dla Każdego, gdzie nasza obecność jest zbędna, bo mogą zastąpić nas rodzice, bo możecie w ten sposób i wy spędzić z dzieciakami czas wolny.

Dlatego poszukujemy nowych trenerów, ludzi kompetentnych, którzy będą chcieli z nami współpracować i czasami zahaczyć TE weekendy.

Tak więc racjonalnie podzieliłam dzień na rzeczy obowiązkowe, hobby i na czas dla rodziny i wychodzi:

5:00-6:30 dzieci

6:30-16:00 praca- klub

16:00-19:00 dzieci i M.

19:00- 21:00 obowiązki domowe

21:00- 23:00 obowiązki praca/klub

A weekendy, hmm właśnie wracam z Komunii i nie pamiętam kiedy po raz ostatni tak wypoczęłam, 4 dni na uchodźstwie, ale i tak załatwiliśmy kilka spraw klubowych:)

Szczerze ciężko mi powiedzieć kiedy mieliśmy wolny weekend, tak dla siebie dla rodziny, więc oprócz tych które mamy zajęte ze względu na sprawy mega ważne, planuje mieć wolny weekend już wkrótce, bo 30.06-1.07 na roczek mojego Drugiego.

A jeśli ktokolwiek ma wątpliwości dlaczego „tak mało czasu” Wam poświęcamy, zapraszam do „naszego życia”- myślę, że spodobałoby się wielu z was.

tak kończę to pisanie dzień później z taka refleksją, że podane ramy czasowe są niekiedy o du… rozbić, bo dziś jak wyszłam po 7, tak wróciłam przed 19 (nie no godzinkę przelotem byłam w domu) opuszczając przy tym szczepienia młodego…

ach, a dla unaocznienia o czym mowa poniższa fotka, pokazująca nasz niezbędnik domowy- kalendarz.

PS. CHWALĘ SIĘ, NIE ŻALE!

podpowiadając, dni nie oznaczone to dni przeciętnego szaraczka:)

Wystarczy to tylko dobrze poukładać i „użyczać” dobre duszki.

Moi drodzy, takie mamy czasy, że pracuje się ponad czas etatowy, każdy z nas gdzieś pędzi, czegoś „więcej” potrzebuje, praktycznie każdy ma dzieci i kupę obowiązków, jesteśmy zmęczeni, sfrustrowani, czasem przez to się poddajemy, „zwalamy” winę na innych, kłócimy się…a ja mam dosyć spięć i bycia w ciągłym stresie.

Przewartościowuje się póki mogę, mam czas wolny i poświęcam go rodzinie i zajmuje się nimi. Daje przez to 190% siebie na treningach i w pracy, bo mam na to siły i chęci, bo jest to moje hobby i nie będę tego traktowała jak niechcianego obowiązku. Robię to co lubię, chce żeby tak zostało.

Ile sił w trenerze tyle w zawodnikach!

Kochani rodzice, nie jesteśmy wam potrzebni na zawodach BDK, na przełajach, które sami wyszukujecie, na innego typu zajęciach, które i tak będą nawet bez nas. Jesteśmy tam gdzie musimy pomagać, gdzie nasza obecność jest niezbędna. Nie musimy wciąż i wciąż kontrolować wasze dzieci, nakładać im presji, doskonale sobie sami poradzicie i oni też. Niech choć mają od nas trochę wolnego, a my od nich- żeby nie stało się to przykrym obowiązkiem, a było tym co naprawdę kochamy wspólnie robić.

Znajdźmy przysłowiowe 5 minut dla siebie i swój czas wolny. Róbmy to co kochamy nawet 12h dziennie, nie zapominając o tym, co naprawdę ważne.

A wy paskudy małe, uczcie się czerpać przyjemności i zostawiać sobie faktyczny czas wolny i to doceniajcie.

Cieszę się, że udało mi się wyskrobać trochę czasu i dodać ten wpis, choć kawki przy tym nie piłam 🙂

 

 

 

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

Back to the past

Back to the past

Back to the past

Ostatnie 2 tygodnie obdarzyły mnie pokładach Energi, o której dawno zapomniałam oraz uczuć, o których nie było już mowy.

Miałam okazję „wrócić do przeszłości”, niestety. Nie chciałam się tam pchać, ale sama sobie pstryknęłam w nos.

Gdzieś głęboko ukryły się momenty z mojego życia, które świadomie wyrzuciłam z tu i teraz. Miały zostać „wykopane z mojego życia” na amen, a tu niespodzianka.

Peong Chang to było jedno z moich ulubionych miejsce na mapie biathlonowego życia, cieszyłam się, że mogę towarzyszyć sportowcom na Igrzyskach z punktu siedzenia, fotela. Było to całkiem dobre doświadczenie w moim życiu, udało się spotkać wielu cennych, wartościowych i miłych ludzi. Im z kolei udało się odkopać zasypane mlekiem i miodem, kupką niemowlaków, kolkami, „mamusiu wiesz co? – kocham cię”, karlikami i spełnionym życiem złe chwile zawodowego życia biathlonisty…

Zakopane głęboko w szufladce  umysłu „nie otwierać – toksyczne!!!” zostało uwolnione bez mojej wiedzy. Przez ten krótki okres uświadomiłam sobie, że nie pamiętam w ogóle sezonu 2011/2012 tak jakby go nie było, 2012/2013 był najgorsza rzeczą, która mnie w życiu spotkała więc niestety to pamiętam. Tak więc mogę krótko podsumować, że to co kochałam w sporcie skończyło się wiosną 2011…A biathlon wtedy dla mnie umarł, dopiero 2 lata później podjęłam mocno i długo odkładaną decyzję o tym, że już pora zakończyć ten rozdział życia. Nie żałuję że skończyłam, żałuję że tak późno, przez co na całe 5 lat (a w sumie 7) zapomniałam dlaczego tyle lat to robiłam. Dla jasności teoria była, ale bez tego czegoś.

Teraz wracając w pełnym ludzi pociągu do domu, obserwując co po niektórych chodzą mi po głowie różne myśli, targają mną silne uczucia, od smutku, żalu po w sumie pewnego rodzaju radość i spokój.

Do czego zmierzam, życie sportowca jest trudne, można dyskutować, że kosztuje to wiele wyrzeczeń, czasu poza domem, rozstania, niesprawiedliwość, oceny itd. Itd. A jakie jest życie poza sportem? Inne? Lżejsze?

Nieprawda, to życie jest takie samo, może bez „nagród” w formie medalu, gratyfikacji w postaci wyrzutów endorfin, wspaniałej kondycji, poczucia wolności, „slawy” itd.,ale równie ciężkie, zapracowane, pełne wyrzeczeń plus pełne odpowiedzialności nie tylko za własny tyłek, ale i za rodzinę, dzieci, podopiecznych i inne, w zależności, kto jakie życie prowadzi.

Oba jeśli w ogóle można tak dzielić są wyborem, naszym – własnym. I wtedy szczęśliwe i spełnione jak robimy to co kochamy i z tymi, których kochamy.

Dziś usłyszałam piękne i bardzo mądre słowa pewnego sportowca, to one przypomniały mi uczucie, dla którego byłam tak długo w sporcie. To on pozwolił mi w tym pełnym emocji czasie, czasie powrotu do przeszłości, odnaleźć to co było i jak się okazuje jest ważne w moim życiu… Pokazał, w chwili zwątpienia, że najlepszą decyzja mojego życia było zatrzymanie się w tamtym czasie i zresetowanie.Polecam posłuchać mądrej i zdystansowanej wypowiedzi kolegi skoczka.

https://www.facebook.com/EurosportPL/videos/1180698892061085/

Dziękuję Sylwii Dekiert za nieświadome uwolnienie zakneblowanych i związanych emocji. Mało kto potrafi sprawić że głos mi zadrży. W sumie dobrze jest temu stawić czoło i przeanalizować niekoniecznie na chłodno,ale będąc bardziej doświadczoną, spokojną i pełną życia osobą. Dzięki temu, że odżyły słuchałam Maćka i jestem w lepszym miejscu swojego i tak wspaniałego życia.

Nie żałuję, że zakończyłam nie wykorzystując całego swojego potencjału, żałuję że zakończyłam tak późno. Mam żal do siebie, że nie byłam na tyle silna żeby podjąć tą decyzję wcześniej, wtedy kiedy zaczęłam robić to, co chcieli inni a nie to, co było ze mną zgodne i dobre dla mnie. Bo każda sekunda mojego życia (i waszego też) jest ważna i cenna.

Banalnie napisze na koniec, żebyśmy cieszyli się tym co mamy i docenili to, pielęgnowali, a nie skupiali się na negatywach.

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

Bałagan, bałagan wszędzie

Bałagan, bałagan wszędzie

Bałagan, bałagan wszędzie!

Najbardziej frustrującą rzeczą jak mnie spotyka od kiedy zajmuje się trenowaniem dzieci to ich wieczny nieporządek.

Nieporządek w pokojach, w rzeczach w sprzęcie.

Nie ukrywam, że dzisiejszy wpis jest podyktowany wieloma emocjami, niestety negatywnymi, jakie spotykają mnie przy praktycznie każdym pakowaniu sprzętu, ba nawet każdym wyjściu na trening. W sumie to mnie to przeraża i tak denerwuje, że czasami mam ochotę stanąć z boku i walić głową w ścianę.

Staramy się doprowadzić do sytuacji, gdzie każdy z naszych zawodników będzie miał swój własny sprzęt- wszystko wszystko. Jeszcze parę lat temu było to niemożliwe, bo posiadaliśmy kilka par butów, nart, kijów…Teraz natomiast, każdy ma swoje, nawet wymieniane w razie potrzeby (urośnie, lub z małej stopki zrobi się wielka stopa itd.) swoje i co najważniejsze podpisane!

PODPISANE, ksywką, nazwiskiem byle czym, ale i kije i narty i buty są podpisane… nawet posiadają swoje miejsca w magazynie- już nowym i co? i wielkie nic!

Za każdym razem jest to samo, wieczne szukanie, och- trenerko nie mam kijów, trenerko nie mam butów, trenerko nie mam nart, trenerko a gdzie mam spakować kije- he? chwilę wcześniej wszyscy pakowali do pokrowców, co się zmieniło???ale ok czasem cierpliwie odpowiadam, szukaj, potem szukaj(bo przecież były, są nawet podpisane) szukaj, SZUKAJ, a dzieci co? no właśnie i to jest najciekawsze, musielibyście to zobaczyć, jak takie nakręcone zabawki, obracają się w kółko, nie szukają, obracają się, dyskutują i znów „Trenerko, bo nie ma, a było…” o mój boże, płakać mi się chce. Najczęściej jest tak, że w końcu i tak ja szukam tych kijów, butów, nart itd. i znajdują się obok jęczącego zawodnika…ale zdarza się tak, że zostawiam ich sobie i mówię -idź sprawdź do pokrowca, może ktoś zapakował- osoba znika, nie ma jej, tzn. znalazła, ok spoko.Po czym pytam Pana/Panią XY są kije – Nie wiem- Co???? Sprawdziłeś/aś- Nie.

Odpowiedź udzielona tonem totalnego olewatorstwa, 30 min po planowym wyjeździe na zawody, żadnej inicjatywy, żadnego poruszenia, po prostu nie, mam to gdzieś…a jedziemy na zawody, i na czym ty dziecko będziesz jeździło?

Spakowaliście narty startowe? macie buty?- pytam osób. które wiem, że tego nie mają bo sprzęt leży albo w magazynie, albo walnięte gdzieś pod autobusem. jakie są odpowiedzi? -szalone!!!:

„tak”(???), albo „bo ten i tamten miał mi spakować”… no ale twój sprzęt leży w magazynie/pod autobusem bla, bla, bla, bo chyba tak mnie oni rozumieją, bo reakcja oszałamiająca- żadna!

O mamo, w czym tkwi problem, zwykle są to te same osoby i niestety nie jedna ale kilka, prawie kilkadziesiąt. Mnie uczono inaczej: noś sama swoje narty, buty, kije, karabin, sama sprawdzaj czy jest spakowane na wyjazd, dwa, trzy razy nawet- ty zapomnisz, ty masz pecha i w sumie przejmowałam się. To był mój sprzęt, trzeba było dbać o niego, prać sobie buty, czyścić je, myć rolki itd. itd.  a teraz…smutne to bardzo, a później zdziwieni i roszczeniowi, że inni mają lepszy itd…

Tak naprawdę najgorsze jest to, że to dotyczy osób, które są już parę lat w klubie, niczym się nie przejmują. Na sam koniec to ja mam nerwy, szukam, pytam, załatwiam inne…

a wy kochane dzieci siedzicie.

 

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

Z bucikami w kompetencje?!

Z bucikami w kompetencje?!

Z bucikami w kompetencje!

Gdybym w wieku 17 lat wiedziała tyle, co mają 25 lat o treningu i pracy zawodnika, miałabym dużo lepsze wyniki…

Nie ma szans wiedzieć wszystkiego. Wydaje mi się, że nawet nie wieloletni staż, ale ciągły rozwój i otwartość na nowości, plus obserwacja i obiektywny kontakt z prowadzonym zawodnikiem sprawi, że już jako trenerzy będziemy mądrzejsi. Niemniej jednak przez 20 lat „pracy” w biathlonie po jednej i drugiej stronie lunety, plus ponad 20 lat doświadczenia mojego męża M. powoduje, że jakąś wiedzę posiadamy, a na pewno większą niż zawodnicy, których trenujemy. Dlatego wkurza mnie jak ktoś zaczyna mądrkować nie mając o tym zielonego pojęcia. Naprawdę zielonego, bo choćby zawodnicy namiętnie pogłębiali swoją wiedzę dzięki literaturze itp. ale nie tu tylko emocje- to co rządzi nastolatkami. Wiadomo jest to wliczone w „pracę”, taki skutek uboczny roboty z ludźmi, ale po to ten blog żebym mogla się wywnętrzyć i zostawić niepotrzebne za sobą i a nóż ktoś zrozumie i urwie przynajmniej rok mądrości.

Bo po to mamy trenera, żeby on za nas pisał plany i myślał co zrobić żeby było dobrze. Kiedy nas stopować, a kiedy cisnąć, bo w tym cholernie ciężkim zawodzie zawodnika, nie ważne czy młodego czy doświadczonego mamy tak wiele presji, że dodatkowe nakładanie sobie na głowę „kłopotu” w formie kombinowania na treningach, bo mi za lekko/za ciężko prowadzi do jednego- równi pochyłej w dół. Młodzi zawodnicy potrzebują ufać trenerowi, żeby jak najwięcej czerpali z treningów przyjemności, pasji, zabawy, żeby potrafili radzić sobie z presją, a starzy to wszystko, co wcześniej wymieniłam plus komfort psychiczny że „ON/ONA wie co dla mnie najlepsze, a moim zadaniem jest wykonać to najlepiej jak potrafię”. I koniec kropka.

Potem są tylko nieporozumienia, zgrzyty i chaos w grupie i w głowie zawodnika.

Pamiętajmy jedno, stwarzajmy sobie sytuacje komfortowe w życiu, nie róbmy pod górkę ani sobie ani nikomu innemu. JA uwielbiam swoich zawodników, są pięknie pokręceni, mają niesamowite charaktery i charakterki, są zmierźli, narzekają, śmieją się, bawią, kłócą, rządzą ale są moim nałogiem i NIE WYOBRAŻAM SOBIE ROBIĆ IM NA ZŁOŚĆ I SPECJALNIE ŹLE PROWADZIĆ (czy to oznacza takie, a nie inne dopasowanie do grupy treningowej, taki a nie inny rodzaj treningu, wybór grupy na zawody, wybór kto co otrzyma czy zwykły opiernicz lub jego brak.) Zwykle to wszystko uwarunkowane jest tym, co sobą reprezentuje zawodnik i nie tylko czy jest 1 w Polsce czy na świecie, ale tym w jaki sposób podchodzi do treningów. Emocje i uczucia do ludzi czyli nasz subiektywizm jest zawsze, ale nie jestem jedynym trenerem w grupie i w większości sytuacji podejmujemy wspólną przynajmniej 3głosową opinię w danym temacie…

NIE WYOBRAŻAM SOBIE RÓWNIEŻ, ze zawodnik zacznie „wchodzić z butami” w nasze kompetencje. Jak relacje z dzieciakami i młodzieżą mamy przyjacielskie tak pilnujemy granicy, aby trener pozostał trenerem, a zawodnik zawodnikiem i kochać mnie nie musicie, ale szanować a OWSZEM. Bez tego nasza praca nie ma sensu. Dyskusja konstruktywna oparta na argumentach zawsze, ale STOP gadaniu byle gadać i przekraczać pewne granice.

Jako „urlopowicz” z dwumiesięczniakiem na rękach i 3latkiem u nogi miałam okazję poobserwować trochę z boku „swoje” dzieci i tu utnę. Jedyne co dodam to to, że ściany mają uszy i wiele słychać za zamkniętymi drzwiami(i na plus i na minus 🙂 ).

Szacunek—–>ufność——>samokrytyka——–>samodyscyplina——–> SUKCES

Serce rośnie jak początkujący zawodnik, choć mierzi go i boli decyzja, z pokorą ją znosi i słucha, bo wie, że to dla jego dobra, bo niby po co trener miałby robić mu na złość! i uszy puchną jak zawodnik bliski sercu przedrzeźnia innych trenerów i niekoniecznie w superlatywach się o nich wypowiada (żeby nie użyć tu innego dobitniejszego słowa)

My jesteśmy dla Was, ale wymagamy szacunku i empatii, a nie ciągłego szukania dziury w całym. My się nie czepiamy, my staramy się stworzyć wam najbardziej odpowiednie warunki do rozwoju, ale to niektórzy zrozumieją dopiero za kilka lat. My szanujemy to jacy jesteście i to że też macie ciężkie dni a wy?

Całuje Was potwory, wieśniarki, czosnki, łośki, czajniki i inne paskudy i dobrze Wam radzę DO ROBOTY 😛

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

Pot, łzy i zmęczenie.

Pot, łzy i zmęczenie.

Pot, łzy i zmęczenie

Tak to jest w życiu sportowca, że aby coś osiągnąć trzeba wylać górę łez. Jedni wylewają w nocy do poduszki, inni już na treningach, jeszcze inni zamieniają łzy na złość, pozostali w śmiech, wariacje… Każdy inaczej znosi zmęczenie, wyczerpanie, ale jeśli się przykładamy, to nie ma osoby, która by tego nie odczuwała.

Im bardziej człowiek ekspresyjny, tym bardziej widać emocje na zewnątrz. Chłopcy nie płaczą, raczej się wycofują, jak mniej rozmawiają znaczy jest im ciężej. W sumie nie spotkałam faceta, który by tryskał głupawką po mega ciężkim treningu, oni idą odpoczywać, w różne sposoby czy to spanie, czy gadanie, czy komputer, ale nie reagują jak dziewczyny. Co nie znaczy że jest im łatwo. Emocje dusza w sobie. Tak czy inaczej czy to na zewnątrz czy wewnątrz jeśli nie pozostawione za sobą zwyczajnie zaczynają przeszkadzać. Robimy sobie zbędny balast… Rozmyślamy nad treningiem, ale nie na zasadzie jego analizy, ale „nie wytrzymałam/em, jestem słaby/a, nic z tego nie będzie, innym było łatwiej”, co to nam daje? Same zło – te myślenie zatrzymuje nasze działanie. Szczerze lepiej popłakać, zostawić te bezradność, bezsilność na treningu, lepiej się wkurzyć, albo „dobić ” i oczyścić głowę, lepiej wyśmiać się i nie myśleć, nie rozmawiać, nie drapać ran. Czasem tak musi być, że czujemy niemoc na treningu. Po tygodniu ciężkiej roboty  TAK MA BYĆ, a jak ktoś znosi dany trening lepiej, lub tego tak nie pokazuje to co nas to obchodzi?

Często jest tak, że bardziej sami siebie dobijamy własną ambicją, bo widzimy że ktoś jest mniej zmęczony, a my tacy dowaleni. A może po prostu inni należą do sangwiników i nie są stworzeni do pokazywania emocji… Co to za różnica dla nas czy ta druga osoba się nie zmęczyła? każdy pracuje na własne konto, każdy przed samym sobą „machnie” rachunek treningu stojąc na starcie. W rezultacie nie dotyczy to nas więc jeszcze raz, co to za różnica? . Chcesz ryczeć to rycz, krzycz, śmiej się, denerwuj byle zostawić to, co cię trzyma za sobą, nikt za ciebie tego nie zrobi. Byle wrócić do pokoju i mieć oazę spokoju, zająć się czymś innym, bo i w sporcie trzeba znaleźć równowagę. Wiemy, że ciężki trening pozostawia ślad w mięśniach, dlatego leczymy, gimnastykujemy się, wałkujemny, chodzimy na saunę, dobrze się odżywiamy, ale zwykle zapominamy że nasza głowa też pada ze zmęczenia… I musimy po prostu odpocząć. Znaleźć własne sposoby na walkę ze sobą, być pewnym że da się radę, a o resztę niech martwi się stróż- trener, który dostrzega czasem więcej niż nam się zdaje. „Łatwiej uwierzyć w siebie, gdy wierzy w nas ktoś drugi.”
Obozy zwykle nie są łatwe, tam się robi największą pracę… Obozy w gronie ludzi, których lubimy są znośniejsze, bo potrafimy psychicznie odpocząć, nawet jak mamy tylko te jedną bratnia duszę obok siebie.
Podsumowując „ból istnienia” i ból ciała po ciężkich obozach jest równie duży, a dobrego sportowca poznaje się po tym jak łyka swoje słabości, zagryza wargi i kończy trening i mimo okropnego zmęczenia jest przede wszystkim dla siebie wyrozumiały i zadowolony.
Patrząc na naszych zawodników, takich zmęczonych, walczących ze sobą na najcięższym treningu, w ostatni dzień mega obozu przetrwania (to był cytat:P) zobaczyłam coś co mnie rozczuliło-jeszcze hormony wariują 😛 wsparcie jakim się darzą moje dzieci, może to jednorazowe, a może i nie, ale pokazało że mają w sobie dużo empatii i doskonale rozumieją ból życia koleżanek /kolegów. Grupa– o to w tym chodzi. Nie depczemy siebie nawzajem, nie dobijamy, ale ciągniemy do góry, pod najstromszy podbieg naszego życia – nasze słabości.

„Ludzka siła wyrasta ze słabości.” Ralph Waldo Emerson

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

My jako nasi najwięksi wrogowie.

My jako nasi najwięksi wrogowie.

My jako nasi najwięksi wrogowie

 

Za czasów zawodnika wiadomo mi było, że umysł jest potężną bronią w naszym sporcie. Przypuszczam, że w każdym odgrywa znaczącą rolę. Natomiast jak bardzo chyba sobie nie do końca zdawałam sprawę. Czasami wychodziło to lepiej, w szczególności jak Michał był ze mną, innym razem trochę gorzej, ale miało się wypracowane pewne metody walki z największym przeciwnikiem zawodnika- sobą samym.

Psychika płata nam przeróżne figle. Raz nastrajamy się zbyt mocno, innym razem za słabo, jeszcze próbujemy się nakręcać negatywnie, albo nastawiamy się na za wysoki wynik… tak czy inaczej w większości przypadków wynik jest podobny- kiszonka na maxa.

To jak to zrobić, aby było idealnie?

Niestety nie ma złotego środka, dla każdego coś innego, a na próby mamy czas na sprawdzianach czy szybkich treningach czy zwyczajnych.

Tak naprawdę zawód- zawodnik, to nie tylko wstać, zjeść, potrenować, zjeść, wypocząć, potrenować, iść lulu, ale też dogłębna analiza i poznanie samego siebie. Proces nie łatwy i długotrwały wymagający niestety notatek, do których się czasami wraca. O tak ten moment w notatkach jest ważny, bo co z tego że napiszemy jak nigdy tego nie przeczytamy, a na bank zapomnimy. Psikus umysłu.

Z perspektywy trenera jest to trochę jaśniejsze, zwykle widać jakie zachowania pomagają danej osobie, a jakie szkodzą lub nie przynoszą pożądanego efektu. Teoretycznie jest to proste, wystarczyłoby powiedzieć pani X/ panu Y zrób tak i tak, a będzie dobrze. W czym tkwi w takim razie problem, no w tym, że nie każdy chce słuchać, nie każdy potrafi słuchać, jeszcze inni nie wierzą i nie widzą sensu, a kolejni  są tak zestresowani, że i tak do nich nic nie dotrze. Po starcie natomiast, ci w euforii są najlepszymi słuchaczami, a ci którym „nie poszło” najsłabszymi… a właśnie do tych przede wszystkim chcielibyśmy trafić i do nich jest najciężej.

Tu nasza praca, niełatwa, żmudna, często mało efektywna, ale musimy walczyć z wami zawodnikami o zmianę nastawienia. My możemy wam tłumaczyć i pokazywać co wam szkodzi, a co pomaga, a ile wy z tego wyciągniecie i ile się nauczycie to wasza robota. Nierzadko jest tak, że słuchacie i rozumiecie, a mimo to zostajecie w tym samym miejscu, nie dajecie sobie szansy na poprawę. My nie nauczymy waszego umysłu pewnych reguł, zadań to jest wasza praca.

Spróbuje nakreślić tylko jak działa nasza głowa w niektórych sytuacjach.

Przeddzień i dzień startu.

Wiadomo stres dotyka każdego. Nie znam osoby, która by go nie odczuwała, choćby maleńki ale zawsze jest.

Każdy próbuje z nim walczyć, lub go ignorować, uciekać od niego. Ucieczka jest najgorszym rozwiązaniem. Lepiej stawić czoła temu, co nas przytłacza niż uciec, bo dopadnie nas w najgorszym momencie. Boimy się jakiegoś zjazdu, można zrobić trening mentalny, spróbować z tymi strachami powalczyć, obmyślić plan jak do tego podejść i być przygotowanym, a jak uciekniemy to w momencie startu spotkamy się i tak z nim twarzą w twarz, ale totalnie bezbronni. Chyba lepiej poświęcić 10 minut w spokoju i nauczać nasz umysł poprawności ruchów, zachowania.

Wrócę do tego samego zjazdu, boimy się go i wmawiamy sobie, że jutro na pewno się tam wywrócę, że nie zrobię go dobrze, „nie no chyba go zejdę”- rezultat oczywiście taki jak sobie wmówiliśmy. Można pójść i zjechać go 5 razy, nabrać pewności, podejrzeć innych jak to robią, zapytać trenera o pomoc. Nastawić się pozytywnie na zasadzie „tyle osób potrafi ja też i to nie raz mi się udało, a na zawodach w pełnej mobilizacji będzie jeszcze lepiej”. Wiadomo, że trzeba  z szacunkiem i bez pychy do tego podejść, ale strach zostawić w domu.

To samo dotyczy strzelania: „nie potrafię strzelę 4”- bęc 4! Mimo że można i potrafi się 0. Z drugiej strony chodzenie i powtarzanie „dziś będą same zerka” czasem przynosi lepszy rezultat, ale nie wtedy kiedy na treningach strzelaliśmy najlepiej po 2 kary- to takie czcze gadanie, które na starcie po pierwszym słabym strzelaniu nas demotywuje. Czyli najlepiej nie stawiać sobie celów za wielkich. Tj. trener ci mówi będzie rewelacyjnie jak złapiesz się w szóstkę(bo dotychczas twoje najlepsze miejsce to 8), a ty na to nie będę w trójce… no i jesteś 10, i jaka jest nasza reakcja, no frustracja ogromna nic innego. A po co samemu robić sobie dodatkowy stres.

Stawianie sobie celów, które są w zasięgu naszych możliwości, to jest najlepszy sposób. Wiadomo, że każdy sportowiec zakłada Igrzyska Olimpijskie, ale nie w najbliższej zimie, jak na Mistrzostwach Polski był 6. Ale kto wie czy nie za parę lat, kiedy będzie się dobrze rozwijał. Aby osiągnąć ten najwyższy cel trzeba zdobyć kilkanaście, kilkadziesiąt czy nawet kilkaset pagórków, wzniesień czy gór, droga kręta wyboista i często pod górę, ale do zrobienia. A będąc już wysoko najgorsze czym możemy samych siebie ukarać to stwierdzeniem „nie potrafię”. To demotywuje i osłabia tylko nas, a na dodatek mobilizuje naszych przeciwników. Nikt z kolegów w sporcie nie ma czasu, chęci na to, by klepać nas po plecach i powtarzać „będzie dobrze, jesteś silny/a, wygrasz to”. Poza tym chodzi o to, że to my jesteśmy „Panami” nas samych i to my mamy wierzyć w siebie! Cieszyć się z sukcesów- nawet do łez, a porażkami się motywować. Niech nasze słabości przerodzą się w nasze silne strony i będą naszymi sprzymierzeńcami. Jak mamy coś słabego, coś co nam spędza sen z powiek to, to po prostu wytrenujmy, a nie narzekajmy, a już na pewno się tego nie bójmy.

Strach ma wielkie oczy, śmiejmy mu się prosto w wybałuszone gały i cieszmy się, że jesteśmy i możemy robić to co lubimy. Nie każdy ma takie możliwości, a my jesteśmy szczęściarzami.

Na koniec pamiętajmy, że życie nie jest łatwe, sport też nie i nie dostaniemy nic za darmo, poza tym za free nie smakuje tak dobrze. Wypracujmy siebie i potem bądźmy z siebie dumni, a w razie niepowodzeń niech wam towarzyszy hasło, które zawiera w sobie 100% prawdy:

Ze wszystkich ważnych rzeczy w życiu, biathlon jest najmniej ważny.

Nie ma co płakać po przegranych, wyciągnijmy wnioski i następnym razem NIE POPEŁNIAJMY TYLU BŁĘDÓW.

W nas jest siła i potęga, stwarzajmy warunki, aby to wykorzystać

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official