Praca, którą kocham!

“Jeśli chcesz być tam, gdzie nigdy nie byłeś, musisz iść drogą, którą nigdy nie szedłeś. Jeśli chcesz osiągnąć to, czego nigdy nie miałeś, musisz robić to, czego nigdy nie robiłeś.” Coniguliaro Dominick
To jest chyba najlepszy pomysł na rozpoczęcie wpisów w zakładce “nauczyciel”.

Idea dotyczy, pewnie niekrótkiej, refleksji na temat mojego startu w nauczycielstwo i pierwszych latach pracy.

Taka praca od zawsze była moim marzeniem, od małego zakładałam że będę pedagogiem, ewoluowało to przez lata, ale w ostateczności i po pewnych doświadczeniach stwierdziłam, że małe dzieci to są istotki, z którymi chcę pracować. Z wielu względów, ale przede wszystkim to ta szczerość, czasami bolesna. Mali nawet jak oszukują to rzadko, a jeśli to nieumiejętnie i można to łatwo dostrzec. Tak czy inaczej wolałam przyjąć na siebie falę krytyki i konstruktywnie się do tego odnieść, niż żyć w jakiejś frustracji czy na pewno odbierają mnie tak, jak chciałabym to przekazać.

Tak czy inaczej rozpoczęcie roku szkolnego było wspaniałe i mocno stresujące, ale to nic w porównaniu do pierwszego dnia w szkole. O mamusiu jak dziś pamiętam ten dywanik jak usiedliśmy, przedstawialiśmy się itp. i każdy był tak różny i tyle mówił, czasem niekoniecznie na temat, i jedna osóbka, która pewnie wyglądała tak samo jak ja i jej buzia mówiąca “co ja tu robię”:) no cóż tylko ona nie krzyczała, nie płakała, nie biła się i nie chciała usiąść obok mnie lub na mnie:) To było niesamowite uczucie i od tego się zaczęło.

Praca z dziećmi nie jest łatwa, w szczególności jak się zaczyna, bo w sumie wszystkiego należy się uczyć. Wiadomo jak wszędzie doświadczenie robi swoje, a tu no cóż, noce nieprzespane, miliony książek, materiałów do przerobienia, żeby być przygotowanym na ewentualne zaskakujące pytania, a było ich niemało przez te dwa i pół roku. M. sie juz mocno denerwował jak wracając “po krótkiej” dniówce do domu spędzałam nad przygotowaniem się do kolejnego dnia po 6-8godzin. Ze względu na młodego często po nocach, bo przecież nie będę zaniedbywała swojego maluszka:)

Tak naprawdę pierwsza moja grupa była mega zróżnicowana. Ciężko mi powiedzieć czy każda taka jest, ale dzieciaki były w różnym wieku (6cio latki do szkoły- wrrrr. byłam dużym przeciwnikiem tego typu rozwiązań, a po roku pracy  jeszcze większym!), z różnymi umiejętnościami, z mega różnymi charakterkami:) Cel- zintegrować ekipę, zrobić z nich jak najszybciej fajną paczkę i wyrównać edukacyjnie. Wiedziałam jedno, że te trzy lata to tak mało, że musimy zacząć od zaraz i to na pełnych obrotach.

Teraz wiem, że może nie idealnie ale udało się w większości zrealizować te rzeczy. Ogólnie jestem zadowolona, ale można było jeszcze co nieco dopracować.

tak czy inaczej ja miałam wspaniałych współpracowników, zarówno w dzieciakach jak i w rodzicach. Oczywiście nie zawsze było łatwo, każdy ma jakieś swoje wizje nauczania, wychowania itp. ale w rezultacie więcej mi pomagano jak przeszkadzano, za co serdecznie dziękuje! O tak, dziękuje. Zdaje sobie sprawę, że na taką klasę mogę nigdy więcej nie trafić, na rodziców którzy nie oporują w każdej kwestii, a wręcz przeciwnie wychodzą z inicjatywą. Na dzieciaki, które mimo w sumie “koleżeńskiego” stosunku, darzyły mnie sympatią, szacunkiem i zaufaniem. Napisałam “koleżeńskiego”, w takim sensie, że uważałam moją klasę, jak i inne dzieci za partnerów do pracy i starałam się być tam dla nich, ale absolutnie nie pozwalałam sobie wejść na głowę. Mieli jasno wyznaczone zasady, za łamanie których ponosili odpowiednie konsekwencje, ale rzadko to robili. Ku mojej radości. Tak więc aniołki z charakterkami. Co najważniejsze dzieciaki, może nie każdy z mega zdolnościami, może nie każdy z talentem muzycznym/ naukowym/ sportowym, ale każdy z wielkim sercem do pracy i otwartą głową, co w rezultacie przyniosło w 2 klasie “kosmiczne” postaci na zajęciach artystycznych oraz w 3 na zajęciach dodatkowych z matematyki osoby, nie będące lotnymi matematykami, ale chcące się rozwijać.

Ach te zajęcia artystyczne i moje dwie lewe ręce, ale ile ja się nauczyłam…ile prób w domu nim mi wyszło to co bym chciała zrobić- hmmm to samo dotyczyło wszelkich zajęć plastyczno- technicznych. OMG!

Ojej a muzyka, za każdym razem ostrzegałam ich, że niekoniecznie idzie mi śpiewanie, no ale cóż śpiewałam, choć mocno im współczułam, że muszą tego słuchać. Było przy tym mnóstwo zabawy, w szczególności jak zmienialiśmy tonację:)

Och no i jeszcze wszelkiego typu imprezy okolicznościowe, no po co zorganizować zwykły “Dzień Rodzica” jak można zrobić przedstawienie kukiełkowe… i nauczyć każdego wierszyka i miliona piosenek- przy organizacji każdej takiej imprezy czułam się jakbym strzelała sobie w kolano, albo dwa. a potem i tak było idealnie, nawet jak idealnie nie było:)

Nie zawsze jest dobrze w takiej pracy, też jesteśmy ludźmi, też bywamy zmęczeni, rozdrażnieni. Wtedy ciężko jest wyłączyć to, co ludzkie i być takim idealnym nauczycielem. Takie dni też bywały, mnóstwo ich. Czasem wychodząc na przerwę i będąc w tym hałasie tylko frustracja rosła, ale taki zawód. Po jakimś czasie nauczyłam się być tam i wyłączać z tego harmidru, ale wracając do domu wszystko musiało być cichsze. Oprócz podobno mojego głosu, który z dnia na dzień stawał się donioślejszy. Po roku już i krtań się przyzwyczaiła. W takie gorsze dni starałam się wytłumaczyć dzieciakom, że potrzebujemy innej mobilizacji i spokojniejszego rytmu, żebyśmy się wszyscy zgrali. Po jakimś czasie oni sami zauważali te słabsze, zmęczone dni i bywali spokojniejsi, uważniejsi. Były też dni, gdzie byli rozkojarzeni, marudni, zaspani, nic nie chcieli robić, często wtedy spoglądałam przez okno i myślałam “ot małe ludziki, reagują tak jak my na gorszą aurę itp.” starałam się być w takich dniach bardziej wyrozumiała, tak po cichu:) żeby nie wykorzystywali:) Czy mi się udawało? ciężko powiedzieć, myślę, że się docieraliśmy przez te króciutkie 2,5 roku.

Nie doczekałam końca 3 klasy, chciałam pracować jak najdłużej, ale faktycznie przy rosnącym brzuszku nie można ryzykować. Podjęto w sumie za mnie decyzję (mocno i co chwilę zaczęłam chorować) i poszłam “rosnąć” bez mojej klasy. Rozstanie nielekkie, ach te hormony:) Ciężko było to przeboleć, ale każda logicznie myśląca mama wie, że to już nie byłoby bezpieczne dla dzidziusia.

Spotkaliśmy się, jak co roku na zakończenie klasy- piknik klasowy. Było cudownie, udało się nie płakać, ha! jestem z siebie dumna, choć serducho pękało w wielu momentach…Urośli i to bardzo, zmieniły ich 3 miesiące, ale pozostali dalej tacy kochani. Niektórzy się wstydzili, inni wręcz przeciwnie, ale każdy przyniósł “siebie”. Dziękuje mojej klasie za to, że byli właśnie tacy. Za naukę, bo też się wiele przez ten czas nauczyłam, za doświadczenie i za ciepłe serduszka. Praca nauczyciela jest wymagająca, nie jest wcale łatwa, ale na pewno jest wdzięczna i daje wiele radości.

Czego się boję jako młody nauczyciel- wypalenia i rutyny, tak to jest coś czego nie chciałabym doświadczyć. A jeśli to nadejdzie, a na pewno będę o tym wiedziała, to no cóż nie będę siedziała za biurkiem i burczała do dzieci, będę musiała się przekwalifikować 🙂 z uśmiechem na twarzy to napisałam, ale no cóż taka prawda.

Te 2 i pół roku umocniło tylko i wyłącznie mnie w przekonaniu, że kocham ten zawód i chcę to robić.

Na zakończenie filmik, jak dla mnie wyciskacz łez:P, ale w domu mogę.

Jak opisać moją klasę, nas? O właśnie tak:
“Otrzymaliśmy kilka swoich najlepszych wyników, pozwalając szaleńcom biegać tam, gdzie nawet aniołowie stąpać się bali.” Ford Henry

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *