My jako nasi najwięksi wrogowie.

My jako nasi najwięksi wrogowie.

My jako nasi najwięksi wrogowie

 

Za czasów zawodnika wiadomo mi było, że umysł jest potężną bronią w naszym sporcie. Przypuszczam, że w każdym odgrywa znaczącą rolę. Natomiast jak bardzo chyba sobie nie do końca zdawałam sprawę. Czasami wychodziło to lepiej, w szczególności jak Michał był ze mną, innym razem trochę gorzej, ale miało się wypracowane pewne metody walki z największym przeciwnikiem zawodnika- sobą samym.

Psychika płata nam przeróżne figle. Raz nastrajamy się zbyt mocno, innym razem za słabo, jeszcze próbujemy się nakręcać negatywnie, albo nastawiamy się na za wysoki wynik… tak czy inaczej w większości przypadków wynik jest podobny- kiszonka na maxa.

To jak to zrobić, aby było idealnie?

Niestety nie ma złotego środka, dla każdego coś innego, a na próby mamy czas na sprawdzianach czy szybkich treningach czy zwyczajnych.

Tak naprawdę zawód- zawodnik, to nie tylko wstać, zjeść, potrenować, zjeść, wypocząć, potrenować, iść lulu, ale też dogłębna analiza i poznanie samego siebie. Proces nie łatwy i długotrwały wymagający niestety notatek, do których się czasami wraca. O tak ten moment w notatkach jest ważny, bo co z tego że napiszemy jak nigdy tego nie przeczytamy, a na bank zapomnimy. Psikus umysłu.

Z perspektywy trenera jest to trochę jaśniejsze, zwykle widać jakie zachowania pomagają danej osobie, a jakie szkodzą lub nie przynoszą pożądanego efektu. Teoretycznie jest to proste, wystarczyłoby powiedzieć pani X/ panu Y zrób tak i tak, a będzie dobrze. W czym tkwi w takim razie problem, no w tym, że nie każdy chce słuchać, nie każdy potrafi słuchać, jeszcze inni nie wierzą i nie widzą sensu, a kolejni  są tak zestresowani, że i tak do nich nic nie dotrze. Po starcie natomiast, ci w euforii są najlepszymi słuchaczami, a ci którym „nie poszło” najsłabszymi… a właśnie do tych przede wszystkim chcielibyśmy trafić i do nich jest najciężej.

Tu nasza praca, niełatwa, żmudna, często mało efektywna, ale musimy walczyć z wami zawodnikami o zmianę nastawienia. My możemy wam tłumaczyć i pokazywać co wam szkodzi, a co pomaga, a ile wy z tego wyciągniecie i ile się nauczycie to wasza robota. Nierzadko jest tak, że słuchacie i rozumiecie, a mimo to zostajecie w tym samym miejscu, nie dajecie sobie szansy na poprawę. My nie nauczymy waszego umysłu pewnych reguł, zadań to jest wasza praca.

Spróbuje nakreślić tylko jak działa nasza głowa w niektórych sytuacjach.

Przeddzień i dzień startu.

Wiadomo stres dotyka każdego. Nie znam osoby, która by go nie odczuwała, choćby maleńki ale zawsze jest.

Każdy próbuje z nim walczyć, lub go ignorować, uciekać od niego. Ucieczka jest najgorszym rozwiązaniem. Lepiej stawić czoła temu, co nas przytłacza niż uciec, bo dopadnie nas w najgorszym momencie. Boimy się jakiegoś zjazdu, można zrobić trening mentalny, spróbować z tymi strachami powalczyć, obmyślić plan jak do tego podejść i być przygotowanym, a jak uciekniemy to w momencie startu spotkamy się i tak z nim twarzą w twarz, ale totalnie bezbronni. Chyba lepiej poświęcić 10 minut w spokoju i nauczać nasz umysł poprawności ruchów, zachowania.

Wrócę do tego samego zjazdu, boimy się go i wmawiamy sobie, że jutro na pewno się tam wywrócę, że nie zrobię go dobrze, „nie no chyba go zejdę”- rezultat oczywiście taki jak sobie wmówiliśmy. Można pójść i zjechać go 5 razy, nabrać pewności, podejrzeć innych jak to robią, zapytać trenera o pomoc. Nastawić się pozytywnie na zasadzie „tyle osób potrafi ja też i to nie raz mi się udało, a na zawodach w pełnej mobilizacji będzie jeszcze lepiej”. Wiadomo, że trzeba  z szacunkiem i bez pychy do tego podejść, ale strach zostawić w domu.

To samo dotyczy strzelania: „nie potrafię strzelę 4”- bęc 4! Mimo że można i potrafi się 0. Z drugiej strony chodzenie i powtarzanie „dziś będą same zerka” czasem przynosi lepszy rezultat, ale nie wtedy kiedy na treningach strzelaliśmy najlepiej po 2 kary- to takie czcze gadanie, które na starcie po pierwszym słabym strzelaniu nas demotywuje. Czyli najlepiej nie stawiać sobie celów za wielkich. Tj. trener ci mówi będzie rewelacyjnie jak złapiesz się w szóstkę(bo dotychczas twoje najlepsze miejsce to 8), a ty na to nie będę w trójce… no i jesteś 10, i jaka jest nasza reakcja, no frustracja ogromna nic innego. A po co samemu robić sobie dodatkowy stres.

Stawianie sobie celów, które są w zasięgu naszych możliwości, to jest najlepszy sposób. Wiadomo, że każdy sportowiec zakłada Igrzyska Olimpijskie, ale nie w najbliższej zimie, jak na Mistrzostwach Polski był 6. Ale kto wie czy nie za parę lat, kiedy będzie się dobrze rozwijał. Aby osiągnąć ten najwyższy cel trzeba zdobyć kilkanaście, kilkadziesiąt czy nawet kilkaset pagórków, wzniesień czy gór, droga kręta wyboista i często pod górę, ale do zrobienia. A będąc już wysoko najgorsze czym możemy samych siebie ukarać to stwierdzeniem „nie potrafię”. To demotywuje i osłabia tylko nas, a na dodatek mobilizuje naszych przeciwników. Nikt z kolegów w sporcie nie ma czasu, chęci na to, by klepać nas po plecach i powtarzać „będzie dobrze, jesteś silny/a, wygrasz to”. Poza tym chodzi o to, że to my jesteśmy „Panami” nas samych i to my mamy wierzyć w siebie! Cieszyć się z sukcesów- nawet do łez, a porażkami się motywować. Niech nasze słabości przerodzą się w nasze silne strony i będą naszymi sprzymierzeńcami. Jak mamy coś słabego, coś co nam spędza sen z powiek to, to po prostu wytrenujmy, a nie narzekajmy, a już na pewno się tego nie bójmy.

Strach ma wielkie oczy, śmiejmy mu się prosto w wybałuszone gały i cieszmy się, że jesteśmy i możemy robić to co lubimy. Nie każdy ma takie możliwości, a my jesteśmy szczęściarzami.

Na koniec pamiętajmy, że życie nie jest łatwe, sport też nie i nie dostaniemy nic za darmo, poza tym za free nie smakuje tak dobrze. Wypracujmy siebie i potem bądźmy z siebie dumni, a w razie niepowodzeń niech wam towarzyszy hasło, które zawiera w sobie 100% prawdy:

Ze wszystkich ważnych rzeczy w życiu, biathlon jest najmniej ważny.

Nie ma co płakać po przegranych, wyciągnijmy wnioski i następnym razem NIE POPEŁNIAJMY TYLU BŁĘDÓW.

W nas jest siła i potęga, stwarzajmy warunki, aby to wykorzystać

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official

Fotelik samochodowy czy fotelik do spacerów

Fotelik samochodowy czy fotelik do spacerów

Fotelik samochodowy czy fotelik do spacerów

W ostatnim czasie rzucają mi się w oczy rodzice z małymi dziećmi, często noworodkami lub malutkimi niemowlakami. Obserwuje sobie, co ciekawego niesie teraźniejszość i szczerze mówiąc jestem odrobinę przerażona. Daleko mi od oceniania innych, jak wychowują swoje dzieci czy jeżdżą z maluszkami do marketów czy nie są za grubo/za cienko ubrane, jak wyglądają itp., ale nie mogę oprzeć się komentowaniu tych rodziców, którzy spacerują z niemowlakami po sklepach, parkach itp. w fotelikach samochodowych. Czytałam kilka publikacji, for internetowych, gdzie świeżo upieczone mamy wypowiadają się na temat mody fotelikowej i ku mojemu zaskoczeniu większość z nich jest oburzona, że ktokolwiek zwraca na to uwagę. ??? Argumenty jeszcze bardziej zaskakujące: dziecko 9 miesięcy w ciasnym brzuchu siedziało, to i w foteliku nic mu się nie stanie, albo: moje zasypia w foteliku w gondolce nie chce, inne: jak to na zakupy wózek plus wózek, ach… stajemy się bardzo wygodnym społeczeństwem. Szczerze mówiąc moje dziecko rozwija się super, ale na początku nie było tak fajnie, bo przez ciężki poród musieliśmy chodzić z nim do fizjoterapeuty i powiedzmy mocno dosłownie prostować skrzywienie czy tam asymetrię, która nie chciała sama odpuścić. Tak więc chodziliśmy 4 miesiące- na szczęście tak krótko i przez te 4 miesiące musiałam ćwiczyć ze swoim maluchem, uczyć go rozluźniania itp. itd. – koszmar. Metoda mega skuteczna, ale jakże ciężka dla rodziców. Maluch przy pomocy mamy (w moim wypadku) musiał ćwiczyć w pozycjach DLA NIEGO niekomfortowych i mocno się przy tym buntował. Tak, że mamy które to robią mają wrażenie, że wyrządzają krzywdę swojemu maluchowi, bo ten wciąż płacze, krzyczy… Jak sobie przypomnę, to aż ciarki mnie przechodzą, ale mi się udało, wytrzymałam i zakończyliśmy terapię. Tak czy inaczej jest to nie do opisania, a wspominam o tym w tym miejscu, bo między innymi dowiedziałam się wtedy jak postępować z młodym, aby jego rozwój przebiegał harmonijnie, nie krzywił się, trzymał prosto stopy, nie miał wzmożonego napięcia, jak dbać o kręgosłup. Powiem tylko tyle lekarz zasugerował, żeby fotelik samochodowy ograniczać do minimum (ten dla noworodków i niemowlaków) tzn. 2h dziennie to max, a jak już jedziemy dalej to koniecznie z postojami, aby młody mógł się wyprostować- i to nie na minutkę, tylko naprawdę, aby plecki wypoczęły. Dodatkowo odradził chodziki(wymuszamy na nieprzygotowanym kręgosłupie pozycję pionową, czyżby go miażdżyła grawitacja?), a w późniejszym czasie i hulajnogi(kształtuje się przede wszystkim jedna strona ciała).

Wracając do fotelików to osoby, które  na co dzień zajmują się dbaniem o prawidłowy rozwój maluchów nie mają wątpliwości, co do negatywnego wpływu spacerowania z dzidziusiem w foteliku samochodowym. Długie przebywanie dziecka w foteliku źle wpływa na rozwijające się dziecko. Nie ma ono możliwości rozwijania prawidłowej aktywności ruchowej całego ciała przeciw grawitacji. Niemowlę nie siedzi w nim prosto. Układa głowę i ciało asymetrycznie, co może utrudniać budowanie symetrii ciała i rozwój symetrycznego wodzenia wzrokiem. Nogi dziecka w foteliku rozkładają się na boki, co powoduje napięcie odgięciowe w odcinku lędźwiowym, a to z kolei powoduje obniżenie napięcia w mięśniach brzucha, tak streszcza to Elżbieta Szeliga, fizjoterapeuta i certyfikowany terapeuta metody NDT-Bobath z 35-letnim doświadczeniem w pracy z niemowlętami i dziećmi. Wystarczy? Mi jak najbardziej! Mi oraz rodzicom, którym leży na sercu przede wszystkim dobro dziecka i którzy niestety muszą pracować nad niedoskonałościami swoich pociech. Praca jaką trzeba włożyć w odbudowanie tego, co sami zepsuliśmy jest ogromna i cierpi przede wszystkim maluch. Dziecko potrzebuje ruchu i własnej pracy aby się rozwijać, a fotelik daje mu to co chce bez wysiłku.Potem jak urośnie, to mu powtarzamy: wyprostuj się, stawiaj prosto stopy, chodź ładnie itp.,  a trzeba było pomyśleć wcześniej i zadbać o ich prawidłowy rozwój, a nie z wygody spacerować w fotelikiem. Mnie w ogóle nie przekonuje to, że trzeba dziecko przekładać, że się obudzi itp.- wybierzmy porę jak nie śpiJ dwa wózki w markecie- nie oszukujmy się, nie spotkałam jednej mamusi z wózkiem, zawsze jej ktoś towarzyszyJ.  A co do pozycji maluszka w brzuchu przez 9 miesięcy to chyba zapominamy, że on tam sobie pływa i nie działają na niego siły takie jak po urodzeniu.

Mój wózek, a w sumie jego rama wyglądała tragicznie po roku, była odrapana zniszczona, gondolka również, a czemu? Bo wiecznie z nim jeździłam, wiecznie rozkładałam i składałam stelaż plus gondolkę, nauczyliśmy się to robić szybko, perfekcyjnie. Nie przekonywało nas to że mały woli siedzieć, oglądać być bardziej kontaktowym, mieliśmy na to sposób. Oracaliśmy budkę, kładliśmy go na brzuszku i oglądał świat. Da się?- da. Dla mnie czasem było lepiej wyjść do apteki z samochodu z małym na rękach, jak brać fotelik.

To wszystko to moda i wygoda. Piękne są foteliki, pięknie maluszki się w nich prezentują, widać je, one widzą więcej, to wszystko jest takie wspaniałe i zgrabne, nie to co gondolka kolos…a nasze maluszki prężą się, boli je pupka i plecki, ale są zadowolone, bo widzą ciekawy, głośny świat pełen kolorów i nie tylko- tylko jakim kosztem.

Fotelik samochodowy jak sama nazwa wskazuje jest samochodowy, a nie spacerowy. Głupia moda, bo krzywdzi dzieci. Podróż w foteliku a spacer w gondolce, a potem jak samodzielnie siedzi w spacerówce.

Tu też mnie znajdziesz!

@Po_drugiej_stronie_lunety

@aga_cyl_official